Przejście w Tatrach

Przejście w Tatrach

W starych opowiadaniach tatrzańskich znajduje się mnóstwo historii, w których znane postacie, czołowi taternicy epoki przeżywają przygody mrożące krew w żyłach, a wszystkie one są opowiedziane ze swadą, humorem, a nawet nonszalancją, jakby nie było w nich zapachu siarki i śmierci, jakby tak naprawdę ktoś je wymyślił dla pobudzenia wyobraźni górskich neofitów. A jednak wydarzyły się one naprawdę i gdy sięgam w głąb swoich górskich przeżyć, to wtedy rozumiem, iż nie można inaczej opisać ponownych narodzin, jak tylko z uśmiechem i niedowierzaniem w ich rzeczywiste zaistnienie.

Gdy zapytałem pewnego znanego taternika, z niebłahym wykazem przejść, czy tak jak wielu z nas wspinających się w górach, uważa że cudem przeżył pierwsze lata wspinaczki, odpowiedział że coś w tym musi być, bo miał parę poważnych wypadków na początku kariery, które mogły się skończyć znacznie gorzej niż miało to miejsce. Na pytanie czy wspinanie go dowartościowuje odparł że nie jest wolny od tego uczucia wyższości wobec szarego turysty. To mnie ujęło i wiem po sobie że mówił prawdę. No bo jak tu nie mieć w sobie owego poczucia wyjątkowości, a nawet jakiegoś szczególnego namaszczenia, gdy się patrzy nie tyle na dokonanie, nie na czasy przejść, nie na listę dróg, ale na to wszystko co kryje się pomiędzy... na te historie niesamowite, które przechodzą gdzieś w codzienność, gdy planuję następną wyprawę, kolejny szczyt, nową ścianę, i nie ma już czasu na analizę minionych zdarzeń, które obrastają kurzem, iż sam pomału zaczynam wątpić czy miały miejsce naprawdę. Lecz w chwili refleksji, zastanowienia, zbierania faktów pod zadany temat, dochodzi do mnie niejako drugie dno tej mojej tatrzańskiej działalności, te zmartwychwstania darowane nie wiadomo jak i dlaczego.

Wchodzący na coraz wyższe szczeble tatrzańskiego wtajemniczenia, są niezwykle ciekawi najbardziej traumatycznych z górskich doznań. Mnie przychodzi na myśl zazwyczaj to jedno z najdziwniejszych i mających w sobie już nie jedno darowane życie ale co najmniej dwa albo trzy. Lecz gdy sięgam pamięcią wstecz i nieco dalej, to zauważam że tych traum było znacznie więcej, jakby kryło się za nimi jakieś podświadome dążenie do owych skrajnych doznań, dążenie do styku życia i śmierci, jakby góry kryły ową tajemnicę życia i śmierci, jakby ich przenikanie i w głąb nich wnikanie, do owej tajemnicy zbliżało. A przecież nigdy nie oddałbym życia choćby i Tatrom ukochanym, a w każdym mrożącym krew w żyłach zdarzeniu, pragnienie życia jest tak mocne, tak dojmujące, że aż dziw bierze iż samo owo pragnienie do zachowania życia niejednokrotnie bywa wystarczające... Jest to temat który już doktor Ryn w swoich opracowaniach rozważał, badał i analizował.

Z zagadnieniem ryzyka wiąże się kwestia technicznych trudności. Dla przeciętnego zjadacza chleba to one są wyznacznikiem stopnia niebezpieczeństwa, zbliżania się do owej cienkiej linii życia i śmierci. Lecz paradoksalnie im bardziej pionowa ściana, im dalej od ziemi, tym bezpieczniejsze odpadnięcie, tym mniejsze ryzyko kontuzji. Czy to przez ten minimalizm dawki adrenaliny zaczęto się wspinać samotnie i bez asekuracji? Czy też dla zupełnie innej odmiany wrażeń jakie towarzyszą 'żywcowaniu'? Pamiętam jak z wypiekami na twarzy słuchałem kolegi, który mi mówił o swoim znajomym, co poszedł samotnie na Grań Wideł. Nie umiałem sobie wówczas wyobrazić nic bardziej nonszalanckiego, nic bardziej niesamowitego i ekstrawaganckiego ponad taką poufałość z Tatrami. Zazdrościłem ... pragnienie takiej poufałości zapuściło we mnie korzenie. Minęło kilka lat i stanąłem pod Miedzianym Murem nie mogąc uwierzyć że jego uskok jest II-owy. Chowałem się przed słońcem w jego cieniu, a może bardziej przed jego wzrokiem, żeby nie zauważył mojego strachu i ubierałem bardzo powoli i metodycznie pantofelki. Słyszałem dwójkę Słowaków na grani i myślałem o tym żeby jak najszybciej do nich dojść, by w razie czego skorzystać z ich liny. Te głosy to był taki kontakt z życiem, ale zaraz przestałem je słyszeć, bo moje skupienie wyeliminowało wszelkie myśli, poza jakimś osobliwym zjednoczeniem ze skałą. Z każdym krokiem zyskiwałem pewność ruchów i wkrótce minąłem owych wspinaczy, wcale nie wyniośle, bo główne trudności były dopiero przede mną i jeszcze nie miałem pewności czy się o jakąś pomoc do nich nie zwrócę. Technicznie to była najtrudniejsza moja wspinaczka, zważywszy na to że 'żywcowałem', mimo że w uprzęży i z zestawem do asekuracji, to jednak korzystając z niego tylko przy zjazdach. Ale poza doznaniami estetycznymi, nie miała wtedy miejsca żadna dramatyczna sytuacja. Nawet lęk był znacznie bardziej unormowany niż na niejednej łatwiejszej drodze. Gdy przystawiłem do siebie – tą grań marzenie i zejście do Ciężkiej, które miało miejsce 10 lat wcześniej i było jedną z pierwszych moich wypraw poza szlakowych, to musiałem stwierdzić że żadne nominalne trudności nie są wyznacznikiem, tak poziomu endorfin, jak i lęku.

 

A była to jesień późna i śnieg zalegał północne stoki. Trawersowałem Wysoką od południa. Góry były puste, zasnute szarą mazia mgły, pogłębiającą się wraz z coraz szybciej upływającym dniem. Nic to, bo przecież zdobywcy perci honornych muszą się odwagą wykazywać. Miałem jej nadmiar, ale do czasu pierwszego poślizgnięcia, gdy wystające kamienie cudownym oparciem dla nóg się stały. Od tej chwili każdy krok był takim lękiem przepełniony, że jedynym pragnieniem moim, było znaleźć się już w dolinie. Tymczasem prawdziwie dramatyczne sceny miały się dopiero rozegrać. Najpierw było wykopywanie zalodzonych łańcuchów tuż pod Przełączką pod Kogutkiem. Gdy już to się powiodło i prawie uratowany się czułem, to brakowało mi może dwóch metrów do w miarę bezpiecznego zachodu. Stałem bez raków na zmrożonym śniegu z małym kamykiem jaki mój anioł stróż podrzucił mi w tej pełnej trwogi godzinie i kułem dziury w lodzie by się do żywych dostać. A z chaty pod Rysami dochodziła mnie wesołość tak beztroska i żywa, że aż miałem żal do Boga i tamtych na dole, iż tak nieczuli mogą być na ludzką niedolę. Patrzyłem na swoje dłonie krwią oblepione i jakiś dziwny śmiech mnie ogarnął nad sobą, moją nędzą i paradoksem całej sytuacji. Gdy już zmaltretowany fizycznie i psychicznie, niemal doczołgałem się do Wagi, jakby nie dość mi było wrażeń, zamiast do Mięguszowieckiej, postanowiłem schodzić do Ciężkiej. Z początku jeszcze udawało mi się znajdować kamienie dające oparcie, ale w kilku miejscach stawiałem kroki niczym linoskoczek, albo baletnica, na uda się, albo nie przeżyję... Przy tym wszystkim zaczęły mnie dobiegać głosy wycia psa. Zacząłem wątpić czy wszystko ze mną w porządku, czy to jakaś zjawa zza światów mnie nie wzywa? (W kilka dni potem, przeczytałem zupełnie przypadkiem w jakiejś gazecie, iż pod Rysami uratowano psa, właśnie w tych dniach gdy ja tam byłem!). Dopiero pod ścianą Wysokiej śnieg się kończył, i gdy przez mgłę ujrzałem Zmarzły Staw w otoczce rudych traw i kamieni, byłem tak wdzięczny za ten cud, iż oddałbym wszystko co posiadam za owo wybawienie. No i jak tu porównać pewność kroków w IV-owym terenie Wideł z krokami stawianymi w terenie 0+ gdzie każdy mógł być śmiertelny?

Najbardziej niebywałe przeżycia stały się moim udziałem dwa lata później. Włóczyłem się samotnie już tylko poza szlakami i wciąż eksplorowałem coraz dziksze zakątki Tatr. Nie władałem jeszcze wówczas liną, a jedynkowe trudności nużyły, nie były wyzwaniem. Wyszukałem więc w przewodniku Paryskiego 'chytre' przejście, tylko z jednym miejscem dwójkowym, w dzikiej i pięknej okolicy. Przebiegły plan zaczął się gmatwać już przed Gałajdówką. Samochód TANAP-u zatrzymał się przy mnie, a jakiś słowacki leśnik zaczął wypytywać gdzie idę tak późnym popołudniem. Kłamałem bezczelnie że do Zielonego Stawu, że jetem szybki i przed zmrokiem zdążę. Ten zaś bacznie na mnie patrząc przestrzegał że po zmroku nie wolno, że niedźwiedzie tu chodzą, że pokutę zapłacę... a ja udawałem zdyscyplinowanego, pokornego i świadomego. Gdy odjechał, gnałem do z góry upatrzonych leży, byle mnie nie spotkał przed wejściem do Suchej Jaworowej. Tam już wiedziałem że samochodem nie wjedzie, więc złapać się nie dam i żywego mnie z pewnością TANAP nie weźmie. Szczęśliwy ze swojego sprytu i z samotności drzemałem pod niebem gwiaździstym gdy nagle usłyszałem donośne łamanie gałęzi, jakby się ktoś przedzierał przez kosówkę nie zważając na hałas który robi. Najpierw pomyślałem o leśnikach zasadzających się na mnie, ale wnet woń bardzo wyraźna i mocna upewniła mnie że to niedźwiedź przyszedł do wodopoju. Głośne siorbanie ze strumienia upewniło mnie w tym przypuszczeniu, a wnet dwoje oczu wlepionych we mnie w odległości może czterech metrów, nie pozostawiało wątpliwości z kim mierzyć mi się przyszło (póki co tylko wzrokiem). Nie będę opisywał atawistycznych przeżyć jakie mi towarzyszyły, ani całej tej nocy w towarzystwie niedźwiedzia, który odchodził i przychodził ku mnie, a ja odstraszałem go palnikiem, nie śmiąc się ruszyć ze swojego miejsca, by mnie ten nie zaskoczył lub nie uznał za intruza. Tak jak bardzo przez lata marzyłem by ujrzeć misia na własne oczy, tak od tamtej pory jedynym pragnieniem moim stało się by nigdy już z nim nie stanąć oko w oko.

Pominę noc ową niebywałą, gdy gwiazdy sypały mi się zewsząd na głowę, wpadając do Jaworowego Potoku pod moimi stopami, a ja czekałem świtu byle ujść niedźwiedziej ciekawości i stanąć z dala od jego rewiru żerowania. Ruszyłem w górę Doliny Suchej, oglądając się za siebie i wypatrując tego który mnie niepokoił, nieświadom jeszcze, iż jego wizyta była jedynie małą uwerturą przed prawdziwym koncertem lęku i walki o życie. Gdy wszedłem w wąski żleb, a właściwie komin, spadający z Wyżniej Kapałkowej Ławki, mimo śniegu jaki w nim zalegał, byłem spokojny, bo miałem pewność że niedźwiedź tu za mną nie wlezie. Jednakże gdy komin skończył się ścianką, która miała być dwójkowa a wyglądał na piątkową, poczułem się w potrzasku. Wracać za nic w świecie nie chciałem, wolałem już drapać stopnie w granicie niż być pożartym przez bestię. Zacząłem siebie przekonywać że to tylko strach mnie zaślepia, że przecież Heniek Paryski nie mógł się mylić w opisie ... Ruszyłem mężnie na ściankę i gdy już miałem stanąć nad progiem komina, urwał się chwyt i zawisłem na jednej ręce, uczepiony jakiejś listwy skalnej. Nie zdziwił mnie ten niespodziewany wstrząs ciała, ani to jak zdołałem się utrzymać, jak i to że wciąż żyłem, ale zdumiała mnie moja własna percepcja. Otóż w tej jednej sekundzie, a może w trzech, zdołałem przeanalizować zupełnie racjonalnie całe swoje położenie, ocenić gdzie spadnę, jak się wykręcić ciałem, gdzie się wydostać by wzywać pomocy, gdy się w kominie zatrzymam, co zrobić by się przed tym uchronić, oraz przeprosić Boga za grzeszne życie i czekać aż głaz który urwałem upadnie na dno doliny. Dopiero jego grzmotnięcie, swąd siarki, przypomniał mi ponownie w jakiej to sytuacji wbrew sobie się znalazłem i przynaglił mnie do szybkich ruchów ku zbawiennej półce.

Drżałem potem jak osika, zupełnie nie mogąc nad tym drżeniem zapanować i jasno sobie zdałem sprawę iż przeżycie upadku byłoby takim samym cudem jak to, że stałem żywy na Wyżniej Kapałkowej Ławce. Emocji już miałem nadmiar. Pragnąłem cywilizacji, asfaltu. Postanowiłem dojść do Ramienia Lodowego drogą Stanisławskiego. Drogę pomyliłem i przeszedłem północne urwisko Lodowego zupełnie nowym wariantem, klucząc kruchymi gzymsami po świeżym wrześniowym śniegu który w cieniu nie zdołał się stopić. Gdy dosięgnąłem grani i spojrzałem za siebie, byłem pełen podziwu dla swego dokonania. Gapiłem się w dno Suchej Jaworowej jakbym w niej zostawił duszę. Słońce, które w końcu przestała przysłaniać grań, ku której usilnie dążyłem, spływało na mnie blaskiem, jak mi się zdawało – glorii i zmartwychwstania, chwały i życia, szczęścia i zbawienia. Zejście przez Śnieżną Przełęcz i Czarną Jaworową, w innych okolicznościach – niebywałe i piękne, było jedynie nieznacznym kolorytem przeżyć, których już nigdy nie chciałem powtórzyć. Choć tyle strachu i lęku tej jednej doby przeżyłem, ile może niekiedy nie uda się w jednym życiu doświadczyć, to wracając przez las Jaworowy, nie myślałem o tym jak o traumie, czy grozie, ale jak o szukaniu jedności z granitem, dotykaniu tajemnic dolin i grani. Wiedziałem że chce jeszcze większych doświadczać tajemnic, że będę się wspinać po ścianach gładkich i niedostępnych, gdzie każda szczelina i rysa, są intymnością na jaką tylko ze mną będą sobie mogły pozwolić ...

Osobną kategorię przeżyć niesamowitych tworzą burze i deszcze. Nie dość że trzeba się mierzyć ze skałą, to jeszcze niepewność wyjścia na szczyt pogłębiają wiszące nad głową chmury, jak złowieszcze chimery drwiące i urągające z całej wspinaczkowej sprawności, górskiej przebiegłości. Mokra skała zamienia się w śliską gładź, a palce dłoni kostnieją w kilka chwil. Ileż tych burz przeżyłem, ileż grzmotów rwało na strzępy całą dolinę, a mnie omijały... Wiele ich było. Ale czy da się tego uniknąć, czy jest możliwym nie doświadczyć nagłego załamania pogody? Wydaje się że nie, albo przynajmniej nie zawsze.

Nic to gdy ściana mała, gdy zupełnie świadomie wpychamy się w nią, bo inne okoliczne przysłonięte ciemną mazią, a nam dnia szkoda, i ta darowana na skraju, taka jak wysunięta ku Hińczowym Stawom, ściana Wołowca Mięguszowieckiego, zdaje się niegroźna, przyjazna, w sam raz dla nas, na dzisiaj. A chmury z deszczem idą ku nam, jakbyśmy przypomnieli im, że jeszcze tego miejsca nie zrosiły. Gnamy co sił dwójkowym terenem, już po trudnościach, szczytu niemal pewni, a tu się deszcz na nasz rzucił coraz rzęsistszy, że łatwe płyty zmuszają nas do ekwilibrystyki. Troszkę tylko postraszeni, nieznacznie podnieceni, na wskroś przemoczeniu, witamy się ze słońcem na grani. Bez wielkich emocji historia, choć gdy stałem przed ociekającymi wodą płytami, zdawały się kataklizmem i urągały naszemu życiu bezczelnie.

Innym razem złapała nas burza z gradem w środku ściany przepięknej na drodze klasycznej na Zamarłej Turni, przed największymi trudnościami, za rysą Bronikowskiego. W momencie zrobiło się ciemno jak w nocy, po zimnych kulach gradu z nieba wylewały się wiadra wody na nasze przerażone ciała. Była ze mną dziewczyna, więc się zachowywałem tak jakbym dokładnie wiedział co robić trzeba. A że nie okazywała strachu, ani nawet w panikę nie wpadła, czego się bardziej spodziewałem niż tego mroku nieba, który nas jak całun śmiertelny, szczelnie opatulił, to sam zupełnie o swoich lękach zapomniałem i metodycznie sytuację analizowałem. W dół zjechać szans nie mieliśmy, pojedynczą linę mając, bez młotka i haków, a do tego wzdłuż przewieszek pod sobą. Tak więc wspinać się trzeba było i to szybko żeby nie marznąć i żeby nie upaść na duchu. Innych upadków nie brałem pod uwagę. Szybko się przebraliśmy, stanowisko do perfekcji doprowadzając. Zacięciami i kominami tryskały rozpędzone wodospady, w Pustej rozlegały się grzmoty jakby hekatombę obwieszczały. Ruszyłem pod prąd strumieni, walących ścianą w dół wprost na nas. Gdzie stać się nie dało, stopień niepewnie 'wypływał' wraz z nogą, tam za przelot łapałem i takim podciągowym sposobem przez okap i górny komin przelazłem, towarzyszkę dzielną ściągnąwszy, a w końcu i na szczycie z burzą się żegnając.

Można zadać pytanie czy nie lepiej było przeczekać nawałnicę gdzieś w ścianie, w nyży jakiejś, w skuleniu. Jestem pewny że burza trwałaby wtedy znacznie dłużej, kto wie czy nie do nocy. Ale nie to jest decydujące w takiej sytuacji. Atmosfera która powstaje wokół takiej burzy jest tak przygnębiająca i deprymująca, że tylko działanie może zapobiec całkowitej demoralizacji ciała i ducha. Znacznie bezpieczniejsze jest jakiekolwiek podążanie od komfortowej bezczynności. W przeczekiwaniu mobilizacja ciała i ducha ulega degradacji, a trudności w każdej płaszczyźnie się rozrastają.

Błędy w asekuracji mogłyby byś tematem osobnej rozprawki. Większości z nich nie sprawdzamy, a na początku drogi wspinaczkowej, nawet ich sobie nie uświadamiamy. Zdarzają się jednak takie, których nie sposób wytłumaczyć, które zadziwiają, albo porażają bezmyślnością. Wspominam drogę na której szczególnym zbiegiem okoliczności dane mi było być dwa razy z różnymi partnerami w odstępie zaledwie kilku dni. Za pierwszym razem wszystko przebiegało gładko. Droga była czytelna, trudności na miarę umiejętności, pogoda idealna ... Pokonałem piękne zacięcie, które kończyło się w nyży. Tam mój partner, półwisząc wybierał luz na linie, z uśmiechem znamionującym szczęście i zadowolenie. Spojrzałem machinalnie na stanowisko które zrobił. Zaniepokoiła mnie czarna taśma do której był wpięty. Coś tam bąknąłem o jej żałosnym wyglądzie, ale ten mnie uspokoił, że wisi już w niej od dłuższego czasu i żadnego uszczerbku w niej nie dostrzega. Zignorowałem to słabe tłumaczenie i czym prędzej wspinałem się dalej, by zrobić niebawem porządniejsze stanowisko. Gdy po raz drugi znalazłem się w tym samym miejscu, ze znacznie bardziej doświadczonym partnerem, wskazałem mu ową taśmę, zapytując czy nie chciał sobie przyspieszyć asekuracji przez jej wykorzystanie. Na co ten dwoma mocnymi szarpnięciami, potargał czarną iluzję jak szmatę, na strzępy. Gdybym w jakimś momencie odpadł, przy pierwszej swojej bytności w tej ścianie, niechybnie runęlibyśmy oboje do jej podstawy. Znów życie ktoś nam podarował.

Gdy mowa o asekuracji, są różne zdania na temat młotka i haków. Mój doświadczony kolega zwykł mawiać, że bez młotka to on się ze schroniska nie rusza. Z upływem czasu coraz bardziej skłaniam się ku tej wypowiedzi. Zdarzyło mi się kiedyś zmierzyć z zachodnia ścianą Gerlacha. Była to wspinaczka niełatwa, dodatkowo dławiąca niepewnością pogody. Partner mój zużył sporo friendów na komfortowe stanowisko, w chwili gdy ściana nade mną roiła się od przewieszek. O młotku i hakach nie myśleliśmy zbyt przychylnie, bo przecież trudności miały być nie wygórowane. Prowadziłem najtrudniejszy wyciąg w swoim życiu, gdzie wszystko było przeciwko mnie. Najpierw był trawers pod przewieszką, po dachówkowatych kruchych płytkach, gdzie poza hakiem żadnej asekuracji nie dało się założyć. Potem dla odmiany był filar z tak litym i gładkim granitem, że tylko spity były jedyną ewentualnością bezpieczeństwa. Mimo to i tak zużyłem cały sprzęt jakim dysponowałem. Został mi jeden friend ... i jeszcze nadzieja, na jakiś blok, bloczuś, kawałeczek wystającej skały. Przeloty były rzadkie, tak rzadkie jak rzadko można spotkać w takiej ścianie człowieka, lub choćby hak stary, zwłaszcza gdy się idzie (niechcący, przypadkiem) własnym wariantem. Toteż gdy walczyłem dodatkowo z przesztywnieniem liny, a przed moimi oczyma zamajaczył rdzawy twór w ścianie, moja radość była niepomierna. Nie miałem tylko odwagi zrobić przy nim stanowiska, a lina już się kończyła. Udało mi się przesunąć siłą woli, jakieś dwa metry w bok, gdzie trafiłem na szczelinę, do której pasował jedyny przyrząd jaki mi został. Wisiałem jakieś sto pięćdziesiąt metrów nad Doliną Batyżowiecka i napięciem mięśni, siłą woli i wzroku, dociskałem krzywki frienda do skały. Nigdy w życiu nie patrzyłem jednocześnie z taką nadzieją i z taką nieufnością w kawałek metalu, który trzymał dwa ludzkie istnienia. Ze ściany wyszliśmy cali. O takim wyciągu zwykło się mówić dość lakonicznie – ryzykowny. Na takim „stanowisku” asekurujący krzyczy: „Tylko nie obciążaj!”.

Pewnego razu obciążyłem linę ... miało to miejsce przy zjeździe południową ścianą Zamarłej Turni . Był słoneczny dzień, mój kompan planował już drugą drogę w ścianie, choć nie byliśmy jeszcze u jej podstawy. Żeby przyspieszyć spotkanie z przygodą, postanowiliśmy zjechać. Cóż z tego kiedy przy pierwszym ściąganiu liny, ta się zaklinowała i utknęła, a wraz z nią i my. Czas zaś płynął w beznamiętnej ignorancji naszego pośpiechu i wielkich planów, które z wolna topniały. Podjąłem desperacką walkę i ruszyłem w górę po nasz łącznik ze światem i z marzeniami. Teren był wyjątkowo 'rzęchowaty', mimo tego że zjeżdża tamtędy tysiące wspinaczy. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem że lina nie zaklinowała się w żadnej szczelinie, ale werżnęła się w glebę. Zjawisko niesłychane. Zjechałem do swojego kompana i sytuacja się powtórzyła. Ponownie ruszyłem w górę asekurowany drugą połową liny. Odblokowałem linę i zacząłem zjazd. W pewnym momencie ... a stało się to bezszelestnie, tylko nagły cień nade mną, zwrócił moją uwagę na niebo ... uniosłem głowę, nad którą ujrzałem głaz wielkości szafy dwudrzwiowej. Patrzyłem w niego jakbym go chciał wzrokiem rozsadzić, bo był zbyt blisko, zbyt wielki, bym mógł się przed nim uchylić w którąkolwiek stronę. I wówczas głaz ów zahaczył o mały występ skalny nade mną, rozłupał się na niemal dwie identyczne połowy, które przeleciały ze świstem z mojej prawej i lewej strony. Zostałem ocalony, a biorąc rzecz racjonalnie, powinienem zostać zgnieciony, lub odcięty od liny. Natychmiast zauważyłem, że powinien używać prusika, który oczywiście dyndał przy uprzęży. Mój towarzysz patrzył na wszystko nie mniej osłupiały ode mnie. Gdy już mieliśmy opanowane ściąganie liny, przy ostatnim zjeździe zdarzyła się ponownie rzecz niebywała. Lina w połogim terenie zawinęła się końcówką o kamień tkwiący w szczelinie. W tym jednym dniu wyczerpałem limit szczęścia, jak też ilości zaklinowań liny.

Nie mogę nie wspomnieć historii, w której limit szczęścia, życzliwości losu ... i sam nie wiem czego, był chyba znacznie większy od tego który ja otrzymałem i dotyczył co najmniej kilku osób. Działo się to we wschodniej ścianie Gerlacha. Apokaliptyczne mgły przewalały się nad Doliną Wielicką, my zaś zbliżaliśmy się do początku drogi Stanisławskiego. Równolegle do nas, ale w sporym oddaleniu, podążała czwórka Czechów, idąca ni to filarem Pośredniego Gerlacha, ni to lewym skrajem Żlebu Darmstadtera. Wśród rumowiska skalnego, pomiędzy lecącymi kamieniami, szła ta dziwna ekipa, krzycząc coś do siebie i szukając czegoś nieznanego. Cykliczny łoskot i trwożliwe wołania, czyniły ciężką od mgły atmosferą, coraz bardziej upiorną. Mimo to przetrwaliśmy z Markiem ten napór zła i ciemności, pojękujący trwogą w głębi naszych organizmów i stawiliśmy się cało pod zasnutą mlekiem ścianą. Wkrótce obok nas ukazały się zjawy czterech postaci. Po krótkim wywiadzie z marami, dowiedziałem się iż idą na tą samą drogę co my. Byli już związani, szli dwoma zespołami. Ścigać się nie zamierzaliśmy. Jeszcze nie mieliśmy pewności czy przy tak słabej widoczności chcemy się wbijać w ścianę. Lecz gdy tylko zaczęliśmy podążać wzrokiem za pierwszą dwójką, niebo nad nami otworzyło na oścież swoje podwoje. Ten uśmiech błękitu mogliśmy poczytać za cyniczny, gdyby nie to co za chwilę miało nastąpić.

Prowadzący z drugiego zespołu Czechów znalazł się obok nas, ponad dolną częścią rynny, kończącą się półeczką z płatem śniegu, skąd biegnie w górę charakterystyczna rysa. Szedł pospiesznie, nerwowo, jakby chciał dogonić pierwszą dwójkę. Jakoś odruchowo, ustępując miejsca cofnęliśmy się z Markiem na żebro za naszymi plecami. Wtem ujrzałem oderwany blok skalny i lecące wzdłuż rysy ciało człowieka. Trwało to sekundę, może dwie. Miałem wrażenie jakby trwało znacznie dłużej. Moje oszołomienie było na tyle wielkie, że notowałem wypadki nie jako bezpośrednie, a jakby ukazywane w jakimś przedstawieniu. Oto prowadzący, lecąc około dziesięciu metrów, upadł idealnie w płat śniegu i na plecy. Dziwnym trafem nie uderzył o ścianę za plecami, ani o próg rynny, leżące w odległości pół metra od niego. Nadto zdążył jeszcze wstać, uskakując przed głazem jaki na siebie ściągnął, i który parł nieodwracalnie na jego głowę, krzycząc przy tym kilkakrotnie do towarzysza poniżej o lecącym niebezpieczeństwie. Nikt w tym zdarzeniu nie ucierpiał, ale splot tak wielu okoliczności jakie się do tego przyczyniły, był conajmniej niewiarygodny.

 

Historie tu przedstawione, miały miejsce naprawdę. Nie ujmują wszystkich sytuacji, mniej lub bardziej desperackich, gdzie mimowolnie, a jednak na własne życzenie, ocierałem się o krawędź życia i śmierci. Śmiem twierdzić, że w górskiej wspinaczce, poza elementami ryzyka, wypływającym z czynników obiektywnych, poza szukaniem adrenaliny w wyzwaniach jakie oferują trudności techniczne, istnieje cała sfera podświadomych dążeń zbliżających ludzi do sytuacji granicznych. Dostrzegam w tej sferze podział, na czynnik sportowy i romantyczny, tudzież na dwa typy takich osobowości. W tym pierwszym ryzyko jest minimalizowane, to czego szuka sportowiec to raczej ograniczenia własnego ciała, 'wyduszenie' z niego maksimum możliwości. W tym wypadku odczuwanie mistyki gór, kontemplacja przyrody są czynnikami trzeciorzędnymi i raczej nigdy nie będą miały wpływu na stopień podjętego ryzyka. Natomiast w przypadku 'taternika romantyka', to nie tyle ciało, co jego duch, psychika stawiają ograniczenia. To w przełamywaniu lęku, a nie trudności, zasadza się sedno motywacji. Tutaj pierwszorzędny wpływ na to jak daleko posunie się on w swojej eksploracji ma ów element nieuchwytny – nie ograniczona do stopnia trudności materia skały, ale struktura granitu, wyjątkowość miejsca, odczuwanie magii rynny będącej świadkiem przeżyć jakiś szczególnych postaci taternictwa ...

Może u podstaw śmierci górskich leży zatracenie świeżości. Jakieś oddalenie się od odczuwanie tego pierwotnego smaku gór, gdy każdy ich element był jednocześnie pociągający i groźny. Dopóki jest ta świeżość, jest ów lęk i tajemnice nie odkryte czekają, siła przeżycia i pragnienie sięgnięcia ku owym tajemnicą są zawsze mocniejsze od zdradliwego głazu, urwanego chwytu ... bowiem zmysły są tak wyczulone, że albo przewidują niebezpieczeństwo, albo stawią mu opór nieprzejednany. Kiedy zaś tajemniczość nie nęci, jest odległym przeżyciem, góry są uległe, skała jedynie stawia mniejszy lub większy opór, to wspinaczka jest tylko rzemiosłem. Urwany stopień spycha w otchłań doliny, grawitacja przyciąga materię ... wówczas nie ma tego zdziwienia że granit się kruszy, że „skała ucieka spod mych stóp”, a ja trwam nad otchłanią, a szczyty wyniosłe wznoszą się do chmur.

Ps.

Miesiąc po napisaniu tego tekstu uległem rzeczywistemu wypadkowi, przy którym opisane wyżej sytuacje, mogą pozostawać co najwyżej metaforą 'darowanych żyć'. Znamienne jest to, iż przygotowywanie tego tekstu, szukanie zdjęć, odtwarzanie zdarzeń, były niejako przestrogą, uwrażliwieniem na nadchodzące spotkanie ze skałą, liną i śmiercią ... Kończyłem wyciąg na Małym Lodowym, gdy zaczął siąpić deszcz. Zapadła decyzja o wycofie. Założyłem pętlę na blok i zawisłem w niej. Wcześniej szarpałem ów głaz, a nawet krzyknąłem do partnera na dole, że jego podstawa nie budzi mojego zaufania. Ten odparł żebym bił haki, lub poszukał innego (nie było pośpiechu, trudności były pode mną). Mimo to zdecydowałem się zjeżdżać. Gdy sięgnąłem niezdarnie po przyrząd zjazdowy, ten wypadł mi z ręki. Patrzyłem za nim jak spada na łatę śniegu pod ścianą ... przez myśl, w przelotnym ułamku sekundy, przeszedł mi Czech ze wschodniej Gerlacha. Założyłem półwyblinkę na karabinku i odchyliłem się w tył ... dwustu kilowy głaz urwał się i runął w dół, przecinając linę połówkową tuż przy węźle. Świat zawirował mi przed oczyma, lecz nie poczułem strachu, nie przebiegło mi życie przed oczami, zdążyłem jedynie pomyśleć: „ A jednak się urwał!”, jakby to było zupełnie oczywiste, jakbym się tego spodziewał, bo przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały, bo przecież wszystko mnie przed tym ostrzegało. Głaz był szybszy ode mnie, poleciałem za nim 40 metrów, spadając na mały trawniczek. Nie tylko przeżyłem upadek, ale nie miałem nawet złamania ... pasek od kasku przeciął moje ucho...

Przeżył i spisał - Adam Śmiałkowski