Przejście w Tatrach

. . .

Paweł należał do ludzi aktywnych. Aktywnych wewnętrznie. Był przekonany że wszystko odbywa się w głowie. Wszelkie formy działań zewnętrznych są jedynie ucieleśnieniem pracy mózgu. Wierzył że zamknięty w więzieniu (przeżył to) jest w stanie żyć jak na otwartej przestrzeni. Jest w stanie przeżywać doznania podobne do tych jakich doświadczał w górach. W nich jego pobudzenie osiągało ten stopień napięcia, który jasno i dobitnie dawał mu do zrozumienia, że żyje. Nie używał słowa adrenalina. Rezerwował je dla swojej teorii trójkątów. Uważał że każdy człowiek potrzebuje określonego indywidualnie, stężenia adrenaliny w organizmie. Pewien prymitywizm ludzi, ograniczona penetracja własnego umysłu, sprawia że szukają adrenaliny w sposób głupi i destrukcyjny. W ten sposób pakują się w trójkąty, zdradzają żony i mężów, dążąc do zamieszania przez które zwiększa się ich aktywność i kreatywność. Dla Pawła było to idiotyczne, pomijając nawet stronę etyczną zagadnienia.

On potrzebował pobudzenia wyższego rzędu. Jak niemal każdy wspinacz miał mocno rozbudowane ego i był indywidualistą. Nie miał aspiracji sportowych, ale przez regularne rozwijanie swojej pasji, sięgał po coraz ambitniejsze przejścia. Jednak na dotychczasowym poziomie jaki osiągnął, ilość wydzielanej podczas wspinania adrenaliny, nie wywoływała w jego mózgu tego efektu pobudzenia który by go zbliżał do przeżyć granicznych. Paweł nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że miłość do Joanny była również wynikiem jego nienasyconego łaknienia pobudzenia. Kiedy na krótko wyjechała, przerwany kontakt i niski poziom kortyzolu, domagały się pożywienia. W tym czasie zapotrzebowanie Pawła na pobudzenie było bardzo wysokie. Miał w nim miejsce efekt tolerancji organizmu na adrenalinę. Raz, przez jego mocną aktywność w rozbudzaniu uczuć, i stałe napięcie temu towarzyszące. Dwa, przez kompensację braku Joanny, poprzez intensywne przebywaniu w górach.

'Free solo climbing' nie jest ideą samobójców, a raczej sztuką medytacji i skupienia. Paweł dojrzewał do tej sztuki przez lata. Lata przerwane pojawieniem się Joanny, na której skupił swoją uwagę do maksimum. Próbował samotnej wspinaczki, tyle że z asekuracją. Doznania temu towarzyszące były szczególne, trudne do wyjaśnienia komuś kto tego nie zaznał. Joanna nie rozumiała ani skali wspinaczkowych trudności, ani technik wspinania, czy sposobu poruszania się w górskiej ścianie. Imponowało jej to że Paweł się wspina. To było dla niej wyrazem męskości. Nie rozumiała jednak granic do których on się zbliżał, tak w sobie jak i w tym sporcie.

 

 

. . .

Tarcie we wspinaniu jest permanentnie związane z palcami stóp wspinacza. Jedno spaja drugie. Czy Paweł potrafiłby to przekazać Joannie? Czy gdyby się teraz zsunął na dno doliny, z płyty na której opierał się koniuszkami palców stóp, to czy Ona kiedykolwiek by się dowiedziała że stało się tak dlatego, iż próbował stanąć całą stopą? Dlaczego ona nie rozumiała, że palce jego stóp są jak najczulsze receptory nerwowe? Że tak bardzo uwielbia pieścić palce Jej stóp, że ta pieszczota jest wyrazem jego największej czułości dla Niej? Jeśli takie treści pojawiały się w Pawle podczas jego najtrudniejszej życiowej wspinaczki, nad pustą doliną, w chwili kiedy nie mógł sobie pozwolić na najmniejszy błąd, na minimum dekoncentracji, to były bardzo głęboko schowane, a i tak niebezpiecznie wpływały na to z czym w tym momencie się ścierał .

Czuł wyraźnie strukturę granitu czubkami palców. Musiał je układać między porostami, które niebezpiecznie zmniejszały tarcie. Kilkakrotnie przykładał jedną stopę do skały, obciążając ją i sprawdzając jak ciężar ciała rozkłada się na skale. Sprawdzał różne kąty przyłożenia palców, przekonywał siebie czy może im zaufać. W końcu stanął ... jednak milimetr, czy też mikrosekunda jakiejś myśli, nie dość mocny nacisk na palce, i jego noga zdradziecko obsunęła się w próżnię. Odruchowo zacisnął palce dłoni na skalnej listwie i na chwilę zawisnął. Nie mógł bezwładnie wisieć, listwa była zbyt mała. Automatycznie przyłożył stopy do ściany, już pod właściwym kątem, i w prawidłowy sposób. Wydźwignął ciało w gorę, sięgnął dłonią do rysy, zaklinował w niej pięść i wyszedł dwa metry nad płyty, stając bezpiecznie na wygodnej półce.

Jego ciałem wstrząsało niekontrolowane drżenie. Prawie tak, jakby było pod napięciem, po elektrowstrząsie. Zaśmiał się głośno. Gwałtowny spadek napięcia często objawia się śmiechem. Jest czysto chemiczną reakcją organizmu. Szybko opanował drgawki. Zastanawiał się – dlaczego?

  • Czy pomyślałem o Niej? - zapytał siebie w myślach.

Popełnił jedynie błąd rozkojarzenia, bo techniczne trudności miejsca nad którym stał, były całkowicie w jego zasięgu. Nie bał się. Był zupełnie spokojny.

Dalej już szedł w tej swojej pewnej miłości – miłości swojej do skały, miłości skały do niego. Skała nie pozwalał myśleć o nikim innym poza sobą. Ona i Paweł nie musieli sobie nic udowadniać, ani swojej siły, ani swoich słabości. Byli sobie przynależni. Zaufanie Pawła do skały wzmacniało pewność jego ruchów. Pewność jego ruchów była spoiwem ze skałą.

Nie musiała wiedzieć że szuka Jej wszędzie. Nie musiała rozumieć że dąży ku Niej każdą częścią ciała i umysłu. On nie musiał rozumieć że Jej tam nie ma. Tak jakby nie zrozumiał, że ona nie znalazłaby w przyczynie jego upadku, szukania przez niego dreszczy na Jej skórze. On czuł dreszcz trudnej drogi i dla tego dreszczu gotów był upaść, choćby śmiertelnie. Bez dreszczy w duszy, na skórze, na skale, nie czuł życia, jego palce byłyby bez życia ... I byłby (?) męski, człapiąc pełnymi stopami po poziomej podłodze, bez jakichkolwiek wymagań ze strony płaskiej wykładziny, w płaskim przechodzeniu z łazienki do łóżka ...