Przejście w Tatrach

Drobinki śniegu sypią się na moją głową. Jakieś mikro pyłówki - zwiewane z góry, z pola śnieżnego nad kominkiem, kryształki zamrożonego śniegu (nazywanego przez Agnieszkę – cukrem), a może lodu (albo nie wiem czego), staczają się do moich stóp. To właściwie one świadczą o pionowości terenu nade mną, bo moja subiektywna ocena nachylenia kominka, okaże się wkrótce błędna (na korzyść kominka, a na moje zdziwienie).

Jeszcze się delektuję natężeniem zimy i dzikością ściany, w tych dźwiękach cukru szeleszczących na moim kasku, w porywach wiatru, w soplach obrastających kępy traw; jeszcze sobie wtłaczam w serce i w umysł surowość zerwy w której tkwię, zimową nieprzystępność Tatr, ale to wszystko do momentu, kiedy jeszcze tkwię w przeświadczeniu o łatwości dalszej drogi, dopóki nie przekonam się o swoim nie docenieniu tej części ściany.

Tymczasem jedynym moim przeciwnikiem jest na razie złość Agnieszki na odpinający się jej rak i na cukier pod nogami. Prawie jest zażenowana:

- Co to ma być? To ma być wspinanie? Jakieś brodzenie w cukrze!?

Prawie się z nią zgadzam, gdybym nie uważał że śnieg naprawdę trzyma, że cukier potrafi być parszywy, kiedy już nic pod nim nie ma tylko płytowa skała. Ale złość Agi zaczyna być coraz bardziej destrukcyjna dla niej samej.

Jest jakieś pięć metrów ode mnie i musi przetrawersować metr w prawo, żeby wejść na wygodniejszy śnieg i ominąć jakąś rynienkę której się nic nie trzyma. Miejsce jest najwyżej jedynkowe, nad jej głową kłębią się kępy traw, które proszą o ukłucia jej dziab, ale Aga twierdzi że tego nie przejdzie, że dalej nie idzie. Mówię ze spokojem:

- Nie masz innego wyjścia, tylko to przejść.

W ogóle nie mamy innego wyjścia tylko iść do góry, bo niby po co innego tu przyszliśmy(?) Ewentualnie możnaby zadzwonić po TOPR, co wydaje mi się okropnym obciachem, ale na co ostatecznie gotów jestem przystać dla świętego spokoju i komfortu psychicznego Agnieszki. Tym razem to ja jestem zażenowany i mówię że ludzie tędy zjeżdżają na nartach. Aga pyta czy ją trzymam. No niby tak, ale to na czym wiszę nie jest wzorcowym stanowiskiem, a raczej jego imitacją, toteż ja sam zaczynam się irytować tą bojaźliwością jej trawersu nie współmierną do rzeczywistych walorów naszego bezpieczeństwa. Mówię z jeszcze większym spokojem:

- Jedyne co możesz zrobić to tylko to przejść.

Aga przechodzi śmieszny ‘trawers’ już bez zbędnych słów, jest metr ode mnie. Niemal rozkazująco, nakazuję Agnieszce zatrzymać się na półce pode mną, wbić tam przyrządy i przypiąć się do nich, a następnie czekać na mnie, aż założę wyżej stanowisko.

Przestaję asekurować, wysuwam półwyblinkę z karabinka, lina spokojnie stacza się w dół wzdłuż komina w który wszedłem, a który na dole jest szerszy i zaśnieżony. Czerwona linia liny ubarwia biel ... Będę szedł teraz na żywca. Właściwie Aga mogłaby się rozwiązać, na wszelki wypadek, gdybym ... Nie mówię jej tego żeby jej przez chwilę nie zaświtała taka myśl, ale ona już to wie i pyta czy mam tego świadomość. Mam, jasne że mam, ale nie będę odpadał. Jakby to związanie się i nie poddawanie pomysłu rozwiązania się, miały być dodatkowym ‘zabezpieczeniem’ przed upadkiem; bo gdyby nie ta lina, to ewentualność lotu w dół byłaby możliwa, byłaby do zaakceptowania, ale dopóki jesteśmy we dwoje nią połączeni, to już nie tylko siebie wydobywam wzwyż i od zguby, ale nas dwoje.

Tak więc zaczynam ‘prawdziwe’ wspinanie (choć nie wiadomo co by na to powiedzieli wytrawni wspinacze). Im wyżej wychodzę, najpierw w twardym pionowym śniegu, tym kominek coraz mocniej się na mnie przechyla. Jestem zupełnie zaskoczony jego nieoczekiwanie groźną postawą. Nabieram pewności że Agnieszka tędy nie przejdzie. Trapi mnie to bardziej niż same trudności. Tyle tylko, że nie wiadomo co mógłbym w tej sprawie uczynić, więc i mnie pozostaje jedynie wyjście ponad buńczuczny kominek. Podejmuję ‘oblężenie’ wrogiego komina. Zsypujące się momentami kryształki śniegi, zupełnie mnie nie cieszą, to raczej atut po stronie wroga, dół ściany pode mną, wcale nie wydaje mi się już piękny. Poznaję centymetr po centymetrze teren przed sobą, planuję każdy stąpnięcie i ruch rąk, jestem zajęty rozpracowywaniem możliwości uczynienia kroku wzwyż. W połowie kominka pojawia się jeszcze możliwość trawersu w prawo, ale niewiadoma terenu poza załomem, odstręcza mnie od ataku z tamtej strony. Zamykam sobie w ten sposób ostatnią możliwość ucieczki przed górnym progiem komina, na którym połyskuje niebieski lód. Muszę ujarzmić go w całości, bez jakiejkolwiek chytrości – twarzą w twarz, okiem w oko. Posuwam się z prędkością metra na dziesięć minut.

Stoję w połowie trudności w rozparciu, jedna z dziab tkwi w słabym śniegu, pod którym czuję skałę, ale udaję że nic o niej nie wiem, drugą klinuję w jakieś rysie i jej się trzymam – odpoczywam i lustruję świat w promieniu dwóch metrów kwadratowych, opracowuję kolejny ruch. Normalnie, przy asekuracji, nie stać by mnie było na tak nonszalanckie traktowanie czasu i własnej wytrzymałości, jednak w tej sytuacji, muszę być pewny każdego ruchu, z żadnego nie mam możliwości wycofania się. Posuwam się kolejny metr w górę. Mam tu wszystko: klasykę, drytooling, lód, mikst, a wszystko to na ośmiu - dziesięciu metrach – rozkosze zimowego wspinania.

Taktyka komina polegająca na tym, że im wyżej tym trudniej, nie zmienia się. Stoję na pewnym występie skalnym trzymając się rękoma małej płetwy, odpoczywa mi zdrętwiała lewa noga. Grzebię w śniegu za jakimś stopniem, białe kaloryferki odklejają się od skały jakby chichocząc z psikusa, którym jest płyta pod nimi; nie daję się tym żartom, szukam szczelin, a gdy już myślę że jakąś mam to wyłuskuję luźny kamień, który przytrzymuję butem na chwilę, by ostrzec przed nim Agnieszkę.

Ponownie się rozpieram, jest nieco mniej wygodnie, ale mogę już dosięgnąć lodu na progu komina. Prawą dziabę usadawiam w miarę pewnie, lonża która łączy ją z moją uprzężą jest moją asekuracją. Lewą ręką wykonuję zamach by wreszcie wpić się w jakiś pewny grunt, którym na pewno będzie solidny lód. Płaty niebieskiej polewki odpryskują, a ostrze przyrządu sieka skałę – w nosie czuję siarkę. Robię jeszcze kilka zamachów, ale odnoszę wrażenie że moje mięśnie pracują na zwolnionych obrotach. Opuszczam rękę na dół żeby odpoczęła, żeby ją przygotować do bardziej efektywnego siekania, tym ważniejszego, że próg wypycha mnie w otchłań pod kominem i żeby na niego wyjść, muszę mieć solidne oparcie w dziabach. Walę głębiej, nad próg i czuję jak ostrze przyjemnie zagłębia się w niebieską toń, tuż na granicy ze śniegiem, jak jego leciutkie drganie przebiega aż po końce moich palców, by nieuchwytnym, subtelnym dreszczem, usztywnić dziabę aż po rękojeść. Podnoszę się pół metra, moja głowa jest już ponad progiem. Najtrudniejsze i najniebezpieczniejsze, jest wyjście na połogi teren powyżej. Wiem to i zanim zrobię ten upragniony krok na próg, wciąż metodycznie opracowuję kolejny ruch. Wyciągam prawą dziabę z niemałym trudem i wbijam w śnieg – za luźny, jeszcze raz, z każdej strony, dopiero po chwili znajduję dość zmrożoną biel, by jej zaufać. Opieram się na głowicy lewej dziaby, wydobywam nogi na lód i uchwyciwszy się prawej, prę w górę byle dalej za próg. Wyżej jest już tylko stromy, solidnie zmrożony śnieg, po którym szybko idę, wbijając dziaby jak sztylety. Wypatruję stanowiska, a widok głazu na który mogę zarzucić pętlę, cieszy mnie równie mocno jak wyjście z macek komina.

Klecę stanowisko, łącząc dziaby z pętlą na głazie. Przypinam się do niego cały czas myśląc jak Aga może wyjść z opresji. Ubieram kurtkę gotując się na kilkugodzinne oczekiwanie partnerki. Dzwonię do niej i ze spokojem oznajmiam że mam atomowe stanowisko, ale że nie widzę jej przy tych trudnościach; podsuwam pomysł opuszczenia jej kilka metrów niżej, tak by mogła obejść trudności łatwym terenem na lewo od komina; uprzedzam też o ewentualnym wahadle. Aga stwierdza że nie będę w stanie przerzucić liny poza występ skalny i decyduje się iść w moje ślady. Podoba mi się ta decyzja, mówię jeszcze żeby darła mocno do góry, a ja ją będę wyciągał.

Wybieram luźną linę i wpinam do reverso, obserwuję jak szybko przesuwa się w przyrządzie. Patrzę też w dół w ciemniejący u wylotu komina, śnieg. To cień ‘otchłani’ tak malowniczo zmienia jego barwę. Czuję teraz satysfakcję, zadowolenie, dumę. W dole jest tak nieprzyjemnie i nieprzychylnie, że żal mi Agnieszki, a jednocześnie ta ‘paskudność’, ta nie wiadomo jaka trudność komina, sprawiają że cieszę iż dane było mi się zmierzyć z tym miejscem, i ze swoimi uczuciami jakie ono zrodziło.

Ze zdziwieniem stwierdzam że liny systematycznie ubywa. Agnieszka szybciej się posuwa w kominie niż ja, szybciej niż szła połogim śnieżnym polem w dole. Liczę w myślach metry komina i porównuję z metrami wybranej liny. Prawie nie dowierzam, dostrzegam głowę w białym kasku nad progiem. Agnieszka wychodzi i się uśmiecha. To oczywiście kominek ją tak uszczęśliwił, bardziej niż widok mnie na stanowisku. Dostąpiła swojej pierwszej zimowej inicjacji i chyba było tak dobrze jak chciała. Agnieszkę oblała ta fala przyjemności, jaka spotyka człowieka, kiedy dostrzega że jest zdolny do czegoś, o co sam siebie nie podejrzewał, że potrafi więcej niż przypuszczał. Też czuję dumę z jej przejścia i zanim jeszcze do mnie dochodzi wypytuję ją o wrażenia z ‘czeluści’. Jest pod ich urokiem, jest nimi zachwycona jak ja. W końcu po to tu przyszliśmy, dla tego kominka, dla zmagań z nim, dla zmagań z sobą, no bo po co? Czy można było tu zawitać, nie wiadomo dlaczego?

Dalszą część drogi narzuca nam czas. Nie wejdziemy na wierzchołek. Jest koło 16-tej. Idę ostatni wyciąg do grani. Idę szybko po twardym śniegu na całą długość liny, kończy się niemal idealnie przy małej turnicy, do której znów ściągam Agę. Za moimi plecami połyskuje filar Świnicy, na który się gotowaliśmy. Ale jego już poznałem wcześniej, nie było w nim takiego kominka, byłoby to zupełnie coś innego ... choć do końca nie wiadomo co.

Jest i moja partnerka. Pokazuję jej dwie możliwości zejścia, robię to apodyktycznie, bo zbliża się zachód. Aga pokazuje mi zachodnią ścianę Kościelca – jest czerwona od zachodzącego słońca, świeci i przypomina wieloryba, ma nawet oko.

Aga wybiera drogę wzdłuż grani schodzącej do Świnickiej Kotlinki. Schodzi asekurowana przeze mnie, dopóki nie skończy się lina. Wreszcie jest w terenie na którym czuje się pewnie. Rozwiązuję się i pakuję sprzęt. Schodzę niżej a po chwili sunę w dół, żłobiąc pośladkami rynnę. To też zachęca Aga do odważniejszego wytracania wysokości. Wkrótce łączymy się ze swoimi porannymi śladami. Przypomina mi się mgła, chowająca wszystko, wsysająca Świnicę, zniechęcająca do czegokolwiek ...

Nie wiadomo było co robić, niewiadomą była każda ściana. Skoro nic nie było widać, a Pośrednia Turnia była najbliżej, do tego z krótszym wejściem na nią niż na Świnicę, to zgodziliśmy się z Agą na cel zastępczy. Brnąłem ku majaczącym skałą Pośredniej Turni przez śnieg i mgłę, usiłując wytyczyć jakąś sensowną linię drogi, tak by się nie zapchać w jakimś trudnym terenie. Nie spodziewałem się jeszcze wtedy kominka, a zresztą nie wiadomo było gdzie on jest; wszystko wydawało się łatwe do zrobienia.

Doszliśmy do skał ponad kotłem u stóp północnej ściany i zaczęliśmy się zbroić w uprzęże, dziaby, linę. Wtedy chmury się rozstąpiły i odsłoniły błękitne niebo, szczyty dookoła, wszystko się rozjaśniło i przestało być nie wiadomo jak, a stało się pięknie i słonecznie.

Rozpocząłem pierwszy wyciąg, lekceważąco, nonszalancko. Zaraz też zostałem skarcony przez pierwsze spiętrzenie skał, które już z większym szacunkiem – pokonałem. Nad nimi wbiłem jedyną śrubę do traw jaką mieliśmy, tak by w ogóle zostawić jakiś przelot. Dalej ciągnęło się obszerne pole śnieżne dość mocno nachylone z rzadkimi kępkami traw, w które możnaby wbijać śruby, gdybym miał ich więcej niż jedną. Tak więc nie było wiadomo jak się asekurować ani z czego, a na tak sypkim śniegu to pewnie nic by nie zadziałało. Z tą myślą pędziłem przez pole ku najbliższym skałą, kiedy już nie mogłem wyszarpnąć nawet pół metra liny, bo się po prostu skończyła.

Zdołałem się jedynie wbić w początek komina, który sobie upatrzyłem już wcześniej. Cofnąć się nie miałem już gdzie, bo musiałbym wrócić niemal do miejsca wyjścia. Nie wiedziałem zbytnio co czynić. Założyłem stanowisko z dwóch dziab, rzetelnie je wbijając na całą głębokość ostrz i ściągałem Agnieszkę, prosząc ją w myślach, żeby nie wyprawiała nie wiadomo co, żeby nie odpadła i nie obciążała liny. Półwisząc w kominie czekałem jej z niecierpliwością, odetchnąwszy z ulgą gdy miała już za sobą pierwsze dziesięć metrów. Tym mocniej się dziwiłem przedłużającą się jej nieobecnością, bo pole śnieżne za spiętrzeniem było banalne. A jej nie było, czy też była, ale niewiadomo gdzie. Gdy się ukazała to spytała czemu nie poszedłem na lewo od kominka, gdzie było łatwiej. Odparłem że najłatwiej jest szlakiem, a pomyślałem że nie wiadomo po co byśmy tam szli, do tego z liną. Potem żałowałem że nie poszedłem w lewo, a jeszcze później cieszyłem się że się tam nie udałem, Aga zresztą też, nie zamieniłaby kominka, na nie wiadomo jaki, czy też na byle jaki trawers po cukrze ...

Z uśmiechem wracam od tych myśli na ścieżkę przy drogowskazie na Świnicką Przełęcz. Składam spóźnione gratulacje Adze z jej pierwszej zimowej drogi Jeszcze czeka nas marsz do Murowańca, gdzie w książce wyjść skreślam płn. filar Świnicy i wpisuję: Pośrednia Turnia +4 „Nie wiadomo co”. Delektujmy się ciepłem schroniska, nie chce nam się wychodzić, jesteśmy senni. Na zewnątrz czeka rozgwieżdżone niebo, spadająca kometa, żleb wściekłych wężów którym zjeżdżamy na tyłkach na dno doliny, las który rzuca nam pod nogi cienie drzew rozświetlanych blaskiem księżyca. Takie dni nie występują nie wiadomo gdzie, tylko na Ziemi i w Górach. Takie dni nie są nie wiadomo po co.

Adam Śmiałkowski